Wyprawa do Ameryki Łacińskiej

 

Pierwsze podróże Oleńki

Kuba tutaj Ola się upiła...

Meksyk tu poznała ...

San Paulo tu ...

Headline full story...

Headline full story...

Headline full story...

Dotychczasowe wyprawy

Wolność po raz pierwszy

Właściwie wszystko zaczęło się od obozów pracy. To jest chyba pewien standard. Podobnie zaczynał Marcin, na obozy jeździła nasza siostra. Wydaje mi się, że wielu przyszłych podróżników zaczynało od ochotniczych hufców pracy, czy jak to się później zaczęło nazywać od – workcampów. Taki międzynarodowy obóz to genialne okno na świat. Może brzmi to dla wielu śmiesznie i absurdalnie, że jedzie się na wakacje pracować (budować mur, malować płot, restaurować budynki) nie otrzymując za to żadnego wynagrodzenia. Wynagrodzenia w pieniądzach, bo tak naprawdę zyski z takiego wyjazdu są olbrzymie. Myślę, że nawet po przeliczeniu tego na pieniądze wydaje się to opłacalne... W jak cudowny sposób można podróżować później odwiedzając po prostu ludzi, których się poznało na takim obozie. Jeździć od kraju do kraju, od miasta do miasta, a w każdym mieć bezpieczną, przyjazną przystań. Ale nie chodzi tu rzecz jasna tylko o tanie podróżowanie. Przyjaźnie, które zawarło się gdzieś na jakimś zadupiu we Francji czy na Węgrzech malując wspólnie płot często potrafią przetrwać wiele lat. Dla mnie są one bardzo cenne. Moje wszystkie dotychczasowe podróże mają większy bądź mniejszy związek z workcampami i ludźmi, których tam poznałam. Wypady moje były tak naprawdę bardzo niewielkie. Opiszę je po krótce, bo w gruncie rzeczy nie ma się nad czym rozwodzić. Stopem nie podróżowałam nigdy dłużej niż parę dni. Na własna rękę najdalej dojechałam zaledwie do Mediolanu.

 Wolność po raz pierwszy

Pierwsza samodzielna, dzika podróż miała oczywiście miejsce z Barką. Jechałyśmy na obóz pracy na południe od Lyonu. Miałam 17 lat i wszystko było dla mnie wtedy nowe i ekscytujące. Wyczynem było dojechanie autokarem do Lyonu i znalezienie w tym obcym dużym mieście w miarę taniego miejsca na nocleg. Taszczyłyśmy niezmiernie ciężkie plecaki ze stelażem do znalezionego w przewodniku hotelu (którego taniość wynikała z tego że znajdował się naprzeciwko więzienia), błądząc po ulicach z zakupioną przed chwilą mapą w dłoni (pierwszy zakup dokonany w obcym języku, co również było podniecające…). Kiedy dotarłyśmy w końcu do miejsca przeznaczenia byłyśmy z siebie naprawdę dumne. Wydawało mi się wtedy, że jestem prawdziwą podróżniczką. Później był obóz, budowanie muru z kamieni przy drodze, ludzie z różnych zakątków świata, wolność i jeszcze raz wolność. Odbyliśmy w jeden z weekendów podróż stopem do Lyonu (cały obóz w tym celu podzielił się na dwójki), gdzie zupełnie przypadkiem spotkałyśmy naszą koleżankę z liceum, która spędzała wakacje w Annecy razem z babcią i matką. Serdecznie nas do siebie zapraszała. Postanowiłyśmy skorzystać z propozycji. Po zakończeniu obozu zabrałyśmy się do samochodu z naszym liderem, który jechał w tę samą stronę, by po paru godzinach ujrzeć labirynt malowniczych uliczek Annecy, pełnych turystów i hałasu. Do tego momentu wszystko toczyło się zgodnie z planem. Wkrótce jednak okazało się, że nasza miła koleżanka owszem zapraszała nas… ale po prostu do odwiedzenia tego urokliwego miasteczka na takiej samej zasadzie, na jakiej to robi tysiące turystów – tzn. była przekonana, że wynajmiemy sobie miejsce w hotelu, a jej rola ograniczy się do spędzania z nami wspólnie czasu – nad jeziorem, na wspólnych przechadzkach po mieście czy na zakupach. Nasze zasoby finansowe niestety nie pozwalały nam na takie wygody. Pieniędzy miałyśmy akurat tyle, żeby wieczorem skoczyć na piwo, ewentualnie kupić sobie coś do jedzenia oraz co najważniejsze nabyć bilet do Lyonu (skąd za 7 dni miałyśmy autokar do Polski). Środki finansowe na nocleg (i to jeszcze w tak drogim mieście) nie zostały rzecz jasna przewidziane… Pierwszy raz w życiu (niestety nie ostatni…) spotkałam się wtedy z taką niegościnnością i totalnym brakiem empatii! Pierwszy raz w życiu ktoś w tak chamski sposób wystawił mnie do wiatru (oczywiście nie była to zagrywka z premedytacją, nieporozumienie było spowodowane rozłącznym rozumowania naszym i koleżanki). Pamiętam, że zadzwoniłam wtedy do Marcina, żeby przedstawić mu, w jakiej sytuacji się znajduję. Po swoich słowach wykrzyczanych zrozpaczonym, drżącym głosem: Marcin wylądowałyśmy w jakimś mieście przy granicy szwajcarskiej, koleżanka nas wystawiła, nie mamy gdzie spać, prawie nie mamy pieniędzy! usłyszałam przepełniony uznaniem, radosny, pokrzepiający głos brata: Oleńka rewelacja! Robisz dokładnie to samo co ja! Jestem z ciebie dumny. Itd., itd. Historia skończyła się tak, że wylądowałyśmy z pożyczonym od wspomnianego lidera naszego obozu (który również gościnnością nie grzeszył) namiotem na kempingu kilkanaście kilometrów od „przeklętego miasta” nie mając już praktycznie grosza przy duszy. Zawsze jednak w takiej sytuacji znajdą się jacyś dobrzy ludzie, którzy nie pozwolą ci umrzeć z głodu. Takie historie uczą wiele. Wtedy wydawało nam się, że jesteśmy już na granicy naszej wytrzymałości, że sytuacja jest wręcz tragiczna. Po czasie to wszystko wydaje się już tylko bardzo zabawne.

 

 

O nas | Dotychczasowe podróże | Ksiega gości | Napisz do nas | ©2005 Marcin Plewka