Na dworcu czułem się nieswojo, kasa była zamknięta, z zachowania ludzi odczytałem, że oczekują na jej otwarcie. Pokręciłem się przez chwilę i udałem się ponownie w stronę miejsca naszego biwakowania. Zgodnie z moimi oczekiwaniami Sawicki spał nadal błogo. Ponownie rozbudziłem go. Zostawiłem u niego w namiocie plecak i udałem się w poszukiwaniu miejsca w którym mógłbym wymienić pieniądze. Ku mojej radości z przeprowadzonego wywiadu okazało się, że cena biletu do Ułan -Bator jest śmiesznie niska i wynosi około 4 $. Od urzędnika dowiedziałem się, że na stacji znajduje się bank, gdzie można wymienić pieniądze, natomiast jeśli chodzi o toaletę, to także była w zasięgu ręki. Wymieniłem pieniądze i poszedłem kupić bilet, który otrzymałem bez trudu i za oczekiwanie niską cenę. Zadowolony ponownie udałem się do namiotu, by oznajmić tą radosną nowinę Sawiemu. On nie do końca był zadowolony z rozwoju wypadków, bowiem jak się okazało, w swoich nie ujawnionych jeszcze planach chciał wysiąść jeszcze raz na pustyni gdzieś między granicą chińską a stolicą Mongoli, ja natomiast kupiłem bilet bezpośredni do Ułan - Bator. W końcu pogodził się jednak z tym faktem i zaczął zwijać swoje rzeczy do plecaka. Jak już był gotowy udaliśmy się na stację, gdzie znależliśmy dla siebie miejsce na ławce pod oknem. Należało teraz zatroszczyć się o jedzenie. W tym celu udałem się do miasteczka. Chińskim zwyczajem dworzec otoczony był płotem. Aby wyjść na zewnątrz musiałem przedostać się przez obrotową bramkę. Zaczął kropić deszcz. To miasteczko to raczej była wioska, która miała przysłowiowe trzy ulice na krzyż. Miejscowość ta otoczona była pustynią. Ulice stworzone były z ubitego piasku, żwiru a gdzieniegdzie z płyt betonowych. W centralnym punkcie na przeciwko dworca znajdował się główny plac z siedzibą władz lokalnych, która mieściła się w jedynym reprezentacyjnym budynku zbudowanym na kształt pałacyku. Pozostałe budynki to dwu lub jedno piętrowe domki ustawione w równych odstępach, jak w koszarach wojskowych. W jednym z takich domków udało mi się znależć sklep, gdzie nabyłem parę bułek. Na skraju osady znajdowało się zgrupowanie jurt - namiotów mongolskich, które także, jak inne budynki, były podłączone do sieci elektrycznej. Był to mój pierwszy kontakt z takim zjawiskiem. Postanowiłem przyjrzeć się temu z bliska, gdy jednak znalazłem się pomiędzy pierwszymi jurtami spotkały mnie wrogie spojrzenia paru kobiet. Gdy z zachowania mojego odczytały, że nie zamierzam się niezwłocznie oddalić w sposób niegrzeczny powiedziały, żebym sobie poszedł, bowiem psy mogą mnie ugryść. Gdy zlekceważyłem to ostrzeżenie, już bez żadnych dodatkowych tłumaczeń usłyszałem krótkie:"idi adsiuda". Ponieważ nie zamierzałem nadużywać gościnności tubylców, wycofałem się z nieprzyjaznego mi terytorium i udałem się w kierunku pustyni. Do dziś zastanawiam się, czy okazana mi wrogość wynikała z nienawiści tych kobiet do wszystkich obcych, czy tylko do Rosjan za których przedstawiciela zostałem wzięty. Na pustyni nie zobaczyłem nic szczególnego. Właściwie trudno mi do dziś zrozumieć dlaczego istnieje takie oreślenie dla tych okolic. Powierzchnia była bowiem porośnięta trawą co bardziej przypominało step niż pustynię w przeciwieństwie do wioski, w której pełno było piasku.
Po powrocie na dworzec wdaliśmy się w rozmowę z Chińczykami, którzy okazali się przedstawicielami jakiejś firmy działającej częściowo na terytorium Mongoli. Jechali tym samym pociągiem co my, jednak pomylili się i wysiedli za wcześnie. Terazczekali na samochód firmowy, który miał zawiezć ich do miejsca przeznaczenia oddalonego o jakieś dwieście kilometrów na północ od Dzamin - Ude. Podzcas mojej nieobecności według relacji mojego kolegi o mało nie doszło do tego by butelka chińskiego piwa, które mieliśmy ze sobąwylądowała na głowie jednego z natarczywych Mongołów.Zjedliśmy śniadanie. Nie wystarczyło to jednak do zaspokojenia mojego głodu. Na szczęście po dworcu krążyły babuszki oferujące gorącą zupę lub pierożki. Nie znaliśmy tych miejscowych specjałów oraz nie wiedzieliśmy, ile należałoby za nie zapłacić, co sprawiło, że wahaliśmy się przez dłuższy czas. Sawio stwierdził, że już nie będzie nic jadł. Ja jednak w końcu skusiłem się na trzy pierożki, które sprzedawała mała dziewczynka. Zapłaciłem za jeden 35 Tugrików (1$=450 Tugrików).