Obudziłem się nagle wczesnym rankiem. Wiatr rzucał moim namiotem zajadle na różne strony. Niestety dokonał on także pewnych, jak się potem okazało trwałych uszkodzeń w jego szkielecie. Już nie unosił się tak wysoko, jak wcześniej po każdym podmuchu, był nadłamany w dwóch miejscach. Nie miałem już ochoty tkwienia w śpiworze i ciekawy ujrzenia tych zniszczeń od zewnątrz a zarazem spragniony chęci rozejrzenia się po okolicy wygramoliłem się na świerze powietrze. W tym momencie wiatr przycisnął mój namiot prawie do podłoża, jakdyby chciałby go zadusić. Schronienie mojego kolegi wyglądało równie żałośnie. Już w nocy mial on kłopoty z rozbiciem swojego domku, użył w tym celu dodatkowych kamieni. Ponieważ namiot jego pamiętał już nie jedną wyprawę, w wielu miejscach nawet nieuważny obserwator mógł dostrzec dziury. Wszystko sprawiło, że ogarneło mnie poczucie wstydu i zażenowania, dlategoteż pragnąłem jak najszybciej zwinąć się stamtąd, aby schować do pokrowców te szkarady, które kiedyś dumnie można było nazwać namiotami. Moje próby przebudzenia Sawiego tradycyjnie nie powiodły się za pierwszym podejściem. Sam więc przystąpilem do porannych czynności, co przyszło mi z nie małym trudem, bowiem wiatr cały czas usiłował mi porwać płachtę namiotu. Nasza obecność zaczęła też budzić coraz większe zainteresowanie znajdujących się na stacji Mongołów. Paru z nich przyglądało się natrętnie wykonywanym przeze mnie czynnością.
Po chwili podeszli do mnie. Kilku usiłowało bezskutecznie wzmocnić naruszony szkielet namiotu Sawiego.Jeden z nich nawiązł ze mną rozmowę. Prowadziliśmy ją w języku rosyjskim. Ten właśnie fakt stanie się niezwykle przydatny w podróży po tym kraju, gdzie odsetek ludności znających ten język jest dość znaczny. Z rozmowy udało mi się uzyskać parę iunformacji na temat najnowszej historii tej małej osady. DżaminUde była w czasach komunistycznych bardzo ważnym strategicznie punktem, lężącym przy lini kolejowej na granicy z tak wielkim mocarstwem jak Chiny. Mongolia była traktowana w przeszłości i dzisiaj jako terytorium, gdzie ścierały się wpływy paru światowych potęg. Rosjanie traktowali ten kraj przez ostatnie siedemdziesiąt lat jak swoją własną kolonię. Własnymi rękami lub przy dużym udziale swoich mongolskich zauszników zniszczyli kulturę i tradycję tego kraju jaką była religia buddyjska oraz koczownicze życie w stepie. Miejscowość, w której się znajdowaliśmy była jedną z wielu baz wojsk rosyjskich. Z relacji spotkanego człowieka wynikało, że wielu Rosjanprzebywało jeszcze w osadzie w charakterze różnego rodzaju doradców, specjalistów w dziedzinach w jakich Mongolia jako państwo nie zdążyła wykształcić jeszcze w wystarczającej ilości. Dziś miszkańcy tej osady zajmowali się handlem z Chinami. Było to jedyne państwo na świecie, do którego nie potrzebowali żadnych wiz, a granica była w zasięgu ręki.
Po zakończeniu rozmowy zabrałem cały swój dobytek i udałem się w kierunku budynku dworca. Przed wejściem ujrzałem ludzi, otoczonych niezliczoną ilością tobołów. Wszyscy zerkali na mnie z ciekawością i odrobiną niedowierzania. Na ich usta cisnęło się zapewne pytanie: "A ten, skąd tu się wziął?" Ja też przyglądałem im się z niemałym zainteresowaniem. Mimo pewnych podobieństw, skośnych oczu, karnacji skóry łatwo można ich było odróżnić od Chińczyków. Przede wszystkim byli wyżsi, masywniejsi, ich twarze były bardziej płaskie. Ubiór ich był często mieszanianą tradycyjnego stroju i sowieckiego stylu. Wśród podróżnych królowały więc dresy, złote zęby, natomiast kobiety z pewnością nie żałowały różnych środków w celu zmienienia koloru swoich włosów. Wszystko to razem sprawiało wrażenie jakiejś niechlujności. Wydawało się, że ktoś tych ludzi ustawił kiedyś przed górą ubrań i rozkazał: " Macie pięć minut, niech każdy znajdzie coś dla siebie."