Pociąg wtoczył się na stację po stronie mongolskiej. Było parę minut po północy. Wzdłóż peronu tak jak po stronie chińskiej stali żołnierze. W pewnym momencie między dwoma budynkami stacji kolejowej ujrzałem rozbite na piaszczystym podłożu dwa namioty.
Jakże radosny był to widok, chociaż może zrozumiały w kraju, w którym duży odsetek ludności na co dzień żyje w jurtach. Zamierzaliśmy przecież wysiąść na tej stacji i rozbić namioty gdzieś na pustyni. Jednak słyszeliśmy różne historie o dzikości niektórych Mongołów i ich złodziejskich skłonnościach. Nie byliśmy pewni, do jakiego miasteczka trafimy i czy będzie możliwe jego szybkie opuszczenie w celu znalezienia bezpiecznego schronienia, które nie będzie zauważone przez tubylców. Widok dwóch nowoczesnych namiotów, wyglądających lepiej niż nasze, rozbitych prawie na środku stacji kolejowej pod nosem celników i żołnierzy rozwiał nasze wątpliwości co do możliwości noclegowych.
Chiński prawodnik już od dawna dawał nam znaki, że przybyliśmy do naszej stacji przeznaczenia, jakby niepokojąc się o to czy zamierzamy opuścić pociąg. Musieliśmy jednak poczekać do zakończenia odprawy celnej. Ku naszemu zdziwieniu człowiek kontrolujący paszporty nie wbił nam żadnych stempli, jak to robił w przypadku innych pasażerów, którzy po otrzymaniu takiej pieczątki szczęśliwie wracali ze swoim dokumentem do przedziału. Nie dość, że tego nie zrobił, to jeszcze schował je do swojej kieszeni. Po zakończeniu odprawy całego wagonu usadowił się w pomieszczeniu służbowym i zaczął sporządzać jakieś notatki w wielkiej księdze. My z niecierpliwością oczekiwaliśmy na zwrot dokumentów na korytarzu, kontem oka obserwując jego poczynania. Nasz niepokój był spotęgowany faktem nie do końca wyjaśnonej przez nas sprawy możliwości bezwizowego przekroczenia granicy mongolskiej. Podobno było to możliwe tylko w przypadku tranzytu, a my przecież chcieliśmu wysiąść z pociągu, jadącego do Rosji już na samej granicy chińsko-mongolskiej. Na szczęście po paru minutach nerwowego oczekiwania otrzymaliśmy z powrotem nasze paszporty i mogliśmy opuścić pociąg. Gdy znależliśmy się na peronie nikt nie zwracał już na nas uwagi, mimo dosyć dużej liczby żołnierzy znajdujących się jeszcze w pobliżu. Sytuację taką zawdzięczaliśmy zapewne panującym ciemnościom, w których trudno było rozpoznać nasze europejskie pochodzenie.Skierowaliśmy nasze kroki prosto do miejsca biwakowania, ujrzanego z okien pociągu. Nie zaczepiani przez nikogo, rozpoczęliśmyrozbijanie naszychnamiotów. Pociąg w dalszym ciągu nie odjeżdżał a dotychczsowi mongolscy towarzysze podróży machali nam przyjacielsko z okien. Przy głównymbudunku stacji kręciło się oprócz wojskowych jeszcze paru cywilów. Zaaferowani niesamowitością tej sytuacji, nie na codzień bowiem po raz pierwszy odwiedza się nowy tak egzotyczny dla nas kraj, nie na co dzień wysiada się w małej osadzie na środku pustyni, nie na codzień urządza się camping prawie że na peronie stacji kolejowe,j nie zauważyliśmy, że już zapewne od paru dobrych minut wzmaga się siła wiatru, który jakby niezadowolony z naszego przybycia, próbował oderwać nasze tymczasowe siedziby od podłoża. Było już dosyć późno, więc nie prowadziliśmy ze sobą dłuższych rozmów i skryliśmy się w namiotach. Zanim zmożył mnie sen słyszałem jeszcze odgłosy odjeżdżającego pociągu.